„Malowanie tych obrazów wymagało precyzji, korekt, było drobiazgowe i czasochłonne. Miały być spontaniczne metry, a znowu zaczęło się to stawać rutyną. Sprawę uratował po prostu lejek - rodzaj pisaka o średnicy 1-2 mm, którym posługują się architekci. Nalewam do niego farby niebieskiej lub czerwonej i jadę po prostu wzdłuż przykładnicy - zamiast taśm - ileś równoległych linii. Efekt nie był całkowicie przewidywalny: zaczynam czerwoną, kiedy kończy się czerwona, nalewam niebieskiej. One mieszają się ze sobą, wychodzi fiolet... rozumie Pan, jak wypadnie, a mnie to nic nie obchodzi. Teraz obraz nareszcie mogłem zrobić uczciwie szybko. Ciągle chodził mi po głowie gest malarski, spontaniczność. Na początek wystarczała zaledwie kropelka farby i zaraz wychodzi z tego linia. Ale żebym nie stał się wyłącznie technikiem, zachowałem pewną dowolność - rysując te horyzontalne linie, wprowadzałem pewne drobne zakłócenia. Eksponowałem z dumą resztki malarstwa. Dawało to nawet pewien efekt optyczny, bo czasami te fale na siebie zachodziły i chwilami działy się z tym dziwne rzeczy, wyglądało to na przykład jak pomarszczona woda. Mogłem te zakłócenia wprowadzać rzadko albo - zależnie od nastroju - dawałem pętle co chwilę i czasami rzucałem obraz całkowicie popętlony. Na koniec triumfalnie nadawałem mu tytuł będący informacją na temat liczby wykreślonych linii, np. 287 niebieskich i czerwonych. W tym sensie uważałem, że to są ‘obrazy ostateczne’. I chyba tak rzeczywiście było; próbowałem może przez trzy lata modyfikować formułę tych obrazów - żeby uniknąć nudy wprowadzałem na przykład pewne modyfikacje kolorystyczne”.
Zdzisław Jurkiewicz