Józef Jaroszyński, wykształcony w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, od 1880 co roku wyjeżdżał do Monachium, gdzie spędził ostatnie lata życia. Od 1893 był członkiem zwyczajnym prestiżowego monachijskiego Kunstvereinu. W czasach modernizmu, wschodzącego w Europie pod koniec wieku, dzieła Jaroszyńskiego, a także innych monachijczyków, krytykowano za tradycjonalizm. Cieszyły się one jednak dużym powodzeniem na rynku sztuki. Nastrojowe, nizinne pejzaże, często inspirowane polską przyrodą, stanowiły ich główny walor. Jaroszyński wypełniał krajobraz, przypominający holenderskie malarstwo złotego wieku, absorbującymi scenami rodzajowymi. W tym konkretnym przypadku jeździec nagania konia, spłoszonego podczas wypadku kawalkady, która stoi w oddali. W scenie nie ma dramatycznego napięcia, a artysta uwodzi widza przede wszystkim melancholijnym nastrojem i naturalnością kompozycji, wzmocnioną przez klasyczny warsztat. Widać tutaj śmiałe i bezpośrednie nawiązania do brawurowych, przepełnionych dynamizmem i ekspresją obrazów piewcy polskiego ducha – Józefa Brandta czy równie wytrawnego mistrza rodzimego pejzażu – Józefa Chełmońskiego. Kompozycje Jaroszyńskiego, to podobnie jak przedstawienia innych przedstawicieli Szkoły Monachijskiej, wizje świata pełnego magii. Mało tego, dla odbiorców z Europy Zachodniej stanowiły one pewnego rodzaju obraz rzeczywistości niedostępnej, wręcz egzotycznej. Dzikie lasy, majestatyczne góry, rozległe stepy na mistycznych Kresach, to wszystko działało silnie na wyobraźnię kolekcjonerów z Niemiec, Francji czy nawet Stanów Zjednoczonych, którzy tak chętnie kupowali pejzaże i sceny rodzajowe z sylwetkami koni tworzone przez monachijczyków. Motywy zaprzęgów, spłoszonych koni czy wypadków na drogach podczas podróży to niewątpliwie najchętniej podejmowane tematy przez malarzy realistów.