„Sportowcy ciągle nas otaczają i nadal ich maluję” – mówił Dwurnik, odnosząc się nie tylko do cyklu, który przyniósł mu rozpoznawalność, lecz także do kondycji społecznej wpisanej w jego sztukę. Przesłuchanie (inscenizacja teatralna) nie tyle obrazuje zdarzenie, ile staje się świadectwem sposobu myślenia o społeczeństwie, o jednostce poddanej mechanizmom nacisku, gry, przystosowania.
Dwurnik był twórcą przekornym. „Nigdy nie chciałem zaistnieć ‘Podróżami autostopem’”, przyznawał. Wolał tworzyć obrazy programowe, silnie zakorzenione w obserwacji życia i pełne dwuznaczności. Miał dystans do wszystkiego, co powtarzalne i oczekiwane – również do własnego sukcesu. Miasta malował, bo „wszyscy chcieliby miasta i miasta. Jak obłąkani”. Wolał konstruować narracje bardziej gorzkie, pełne ironii. A jeśli już miał malować ludzi, to takich, którzy – nawet jeśli „stoją jak kawał drewna” – niosą w sobie napięcie, ukryty ruch, echo niewypowiedzianego oporu.
Jego „Sportowcy” są kostiumem – w sensie dosłownym i symbolicznym. Dwurnik „ratował się rekwizytem”: dawał postaciom „element z innego świata – fajkę, piórka, ostrogi, okulary”. To nie były dekoracje, ale sposób nadania postaci wewnętrznego życia, wejścia w rolę. To, co u innych mogłoby wyglądać jak przebieranka, u niego staje się techniką demaskacji. Pokazać realność poprzez fikcję – to był jego język. Z tej samej przekory wyrasta też stosunek Dwurnika do rynku. Opowiadał bez skrępowania: „Z klientami jest cała karuzela… odbijam to sobie w taki sposób, że umawiam się z nimi, a potem nie wpuszczam ich do domu”. Dla niego sztuka nie była produktem, ale formą oporu – także wobec mechanizmów popytu, instytucjonalnych oczekiwań, środowiskowej pozy. W tej logice mieści się i „Przesłuchanie (inscenizacja teatralna)” – obraz nie jako ilustracja, ale akt. Równie teatralny, co prawdziwy.